czwartek, 7 kwietnia 2016

Hej!

Jestem, żyję, bloga nie opuszczam, słowo! Chyba już to wszędzie pisałam, ale utknęłam w jednym miejscu; jak napiszę kolejny rozdział, to dalej, do końca powinno już pójść z górki ;).
W międzyczasie możecie mnie znaleźć na FF i Mirriel, gdybyście chcieli poczytać coś innego.

Trzymajcie się!
A.

czwartek, 31 grudnia 2015

5. O tym, że wybór mniejszego zła nie jest prosty cz. 1

Przede wszystkim: szczęśliwego Nowego Roku!
Bardzo dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, które są dla mnie nieskończonym źródłem weny i motywacji do pisania. Naprawdę, każdy jeden, choćby jednozdaniowy, ogromnie mnie cieszy.

Betowała niezastąpiona Nadia. Dziękuję!

Severus Snape szedł żwawo przez korytarz — albo raczej sunął jak po lodzie, a poły jego płaszcza powiewały niczym, dajmy na to, skrzydła nietoperza. Wystarczył jeden rzut oka na jego kompletnie nic niewyrażającą twarz, by zorientować się, że mistrz eliksirów był tego dnia w wyjątkowo złym humorze. W dzień taki jak ten starsi uczniowie, którzy zdążyli wykształcić w sobie coś na wzór odruchu obronnego, kryli się po najciemniejszych zakamarkach korytarzy, jeszcze zanim profesor Snape pojawił się w zasięgu ich wzroku. Młodsi, którzy jeszcze nie nabyli tego instynktu, w ostatniej chwili rozpierzchali się przed Snape’em tak ochoczo, że co poniektórzy gotowi byli wyskakiwać przez okna, byle tylko uniknąć spotkania twarzą w twarz z ulubionym nauczycielem (na szczęście profesor Dumbledore, najwidoczniej zdając sobie sprawę z uspokajającego wpływu, jaki profesor Snape wywierał na uczniów, prewencyjnie zabezpieczył wszystkie okna w Hogwarcie). Ci nieco bardziej odważni wyciągali spod szaty sznurki czosnku i szeptali pod nosem ochronne zaklęcia lub znienacka kroplili szatę profesora wodą święconą.
Severus Snape wyminął bez słowa skamieniałe na jego widok Puchoniątko o płci trudnej do zidentyfikowania i zatrzymał się przed drzwiami do swojej klasy. Był zrozpaczony.
Niewiele osób zdawało sobie sprawę z tego, że Severus Snape, za dnia nieczuły i wredny nauczyciel eliksirów, nocami jako Upadły_Anioł_666 pisał tkliwe poematy i romantyczne powieści gotyckie. Część swojego dorobku literackiego publikował w „Różdżce i piórze”, gdzie istniał szeroko rozwinięty dział „Kociołek pełen grozy". Przez ostatnie kilkanaście miesięcy, w przerwach między sprawdzaniem klasówek i pełnieniem obowiązków podwójnego szpiega, pisał prawdziwe arcydzieło. Tworząc kluczową dla fabuły scenę, w której główny bohater szykował się na śmierć w lochach lorda Garnka i przechodził duchową przemianę, nawet on łkał nad pergaminem. Był pewien, że jego powieść — wydana w dwóch tomach — nawet najbardziej zatwardziałego śmierciożercę chwyci za serce i wyciśnie z niego łzy. A tymczasem, gdy dzisiejszego ranka otworzył poranną gazetę, dowiedział się, że jego „Zamczysko w Spinner’s End” jest „żałosnym przykładem grafomanii pryszczatego nastolatka, który nadął się i pisał Powieść Swojego Życia” i jednocześnie „bulwersująco seksistowską historią, która tylko utrwala w społeczeństwie niewłaściwe, przestarzałe wzorce”. Poza tym „w prawdziwym świecie rudowłosa piękność nigdy nie zostawiłaby przystojnego lorda Garnka dla głównego bohatera, który ciągle się nad sobą użala i w dodatku prowadzi cokolwiek podejrzane życie wampira o podwójnej moralności” i „Czy główny bohater przez te tysiąc pięćset siedemdziesiąt dwie strony chociaż raz się umył? Ciągle czytamy o jego upodobaniach kulinarnych, guście literackim, porannych rytuałach, czarnomagicznych preferencjach, ale o wodzie ani słowa”.
Severus Snape zmełł w ustach przekleństwo. Co ta cała Rita Skeeter — autorka recenzji — mogła wiedzieć o prawdziwej sztuce? Co mogła wiedzieć o cierpieniu i miłości po grób? Jak śmiała zmieszać z błotem jego powieść, która była tak głęboka, że w tej głębi mogłoby utopić się dziesięć takich recenzentek jak Skeeter.
Profesor Snape otworzył drzwi i ciągle w śmiertelnie złym humorze wszedł do środka. Pewien gryfoński śmiałek ku uciesze zgromadzonych w klasie studentów recytował właśnie z aktorskim wyczuciem:
— „Nie rozumiem czego, ale boję się... Coś jakby wisi w powietrzu, jakby nietoperz, nieszczęście się zbliża, boję się, boję się, i tyle!..."1
Snape chrząknął, a w klasie natychmiast ucichło. Gryfoński śmiałek nagle jakby się skurczył, spłaszczył i zaskakująco udanie próbował imitować fragment ściany.
— Jordan, dziesięć punktów od Gryffindoru za twoje oratorskie popisy. Odklej się od tej ściany i siadaj na miejsce. Masz na to trzy sekundy. Raz… — zaczął tonem wyrachowanego mordercy.
Lee Jordanowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zanim profesor Snape zdążył policzyć do dwóch, Lee już siedział przy swoim kociołku.
Profesor Snape zasiadł za katedrą i powiódł wzrokiem po swoich podopiecznych.
Uczniowie zadrżeli. Intuicyjnie wyczuwali, że to był właśnie Ten Dzień. Dzień, w którym wyprowadzenie z równowagi profesora Snape’a mogło się skończyć w najlepszym przypadku wyparzeniem jelit. Dlatego milczeli i czekali na wyrok. Co tego dnia zaplanował dla nich Snape? Warzenie odtrutki na trzynaście najbardziej trujących trucizn? Sprawdzian ze stu czterdziestu pięciu właściwości korzenia mandragory? Próbowanie własnoręcznie zrobionego na poprzednich zajęciach eliksiru na wzdęcia?
Snape odchrząknął. A potem przemówił:
— Dzisiaj będziecie pracować w grupach. Podzielcie się na dwu- lub trzyosobowe zespoły.
Studenci odetchnęli. Czy było coś, co wymagało mniejszego zaangażowania w zajęcia niż praca w grupach? Łatwizna. Wszystko na pewno zrobi ta małomówna kujonka, która co roku dostaje ze wszystkich testów W — bo, jak wiadomo, w każdej klasie zawsze znajdzie się ktoś taki.
Tymczasem Snape, obserwując pełne ulgi twarze uczniów, pozwolił sobie na leciutki, wredny uśmieszek. Praca w grupach była idealną pułapką dla takich naiwnych kretynów. Ludzie zwykle nie zdawali sobie z tego sprawy, ale kiedy zaczynali pracować w stadzie, coś dziwnego działo się z ich możliwościami intelektualnymi i nagle pomysły typu „Rozbierzmy się do rosołu i śpiewajmy pod ministerstwem rzewne pieśni wojenne” wydawały się im szalenie interesujące. Pewni czarodziejscy uczeni udowodnili nawet, że długotrwałe przebywanie w tłumie grozi obniżeniem IQ poszczególnych jego członków do poziomu samogłowa — w dodatku samogłowa z umysłowym upośledzeniem.
Clem i Rupert, którzy byli tego świadomi, westchnęli unisono. Oboje pomyśleli w tym momencie o tym samym: „Muszę znaleźć sobie parę, która nie będzie głupsza ode mnie i będzie się potrafiła ustrzec pułapek pracy w grupie”. A potem spojrzeli na siebie nawzajem, zamrugali i ułożyli usta w okrągłe „o”.
— Chcesz pracować ze mną? — spytał Rupert.
— Pracujemy tylko we dwoje? — upewniła się Clem.
Rupert kiwnął głową.
— W takim razie z miłą chęcią.
Są takie wydarzenia, które — przeżyte wspólnie — muszą się zakończyć…2 Ale nie uprzedzajmy faktów.

*

Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się i przeszła przez nie para drugoroczniaków. Aiden oderwał od nich wzrok i na powrót zajął się książką, którą czytał. Reszta siódmoklasistów, która rozsiadła się w jego pobliżu, nawet nie zwróciła uwagi na nowoprzybyłych.
Frost, chłopiec o uroczych blond loczkach amorka i przyjemnej dla oka buzi, zerknął na Aidena.
— Czekasz na kogoś?
Aiden pokręcił głową, po czym wzruszył ramionami.
— Nie. Tylko… — Wyprostował się w fotelu i wykonał taki gest głową, jakby chciał powiedzieć „sam nie wiem”. — Robi się późno.
— No.
— Zbliża się godzina policyjna.
— No.
— A Clem jeszcze nie wróciła.
— Kim, u licha, jest Clem?
Frost z jednej strony podawał się za najlepszego przyjaciela Aidena, ale z drugiej charakteryzował się typową osobowością Narcyza. Był trochę ładniejszy od swoich kolegów, więc miał się za słońce całej ich paczki, przez co często umykały mu fakty z życia znajomych, które nie było bezpośrednio powiązane z nim samym.
— Nie wiesz, Frost? — Julia, dziewczyna z ich klasy, która siedziała najbliżej Aidena i Frosta, oderwała się od swojego wypracowania. — Ostatnio Aiden często gdzieś się z nią włóczy.
— Myślicie, że coś jej się stało? No, wiecie, jest raczej drobna, a w Hogwarcie jest mnóstwo ukrytych zapadni. Co jeśli w którąś wpadła i teraz nie może się wydostać?
— Wyluzuj, Aiden, jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś umarł w szkolnej zapadni. Nie z Filchem i Panią Norris wtykającymi nos wszędzie, gdzie tylko się zmieści.
— No tak, ale… — urwał. Chciał zapytać, czy nie powinien jej poszukać, ale wcale nie był pewien, czy w ogóle miał prawo jej szukać.
— O wilku mowa, zobacz, nic jej nie jest.
Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się i przeszła przez nie Clem — jak zwykle obładowana książkami. Ziewnęła szeroko, nawet nie próbując tego ukryć, bo i tak nie miała do tego wolnej ręki, i od razu pomaszerowała do dormitorium dziewczyn.
Zazwyczaj, niezależnie od pory, kiedy Clem wracała z biblioteki, siadała przy swoim stoliku i albo się uczyła, albo po prostu czytała coś lekkiego, żeby się odprężyć przed snem.
— Nie wydaje wam się, że wyglądała na bardziej zmęczoną niż zwykle?
Przyjaciele Aidena spojrzeli na niego jak na kosmitę.
— Zdefiniuj „zwykle”.
— Zdefiniuj „zmęczona”.
— Zdefiniuj „bardziej”.

*

— No proszę, nie myślałam, że kiedykolwiek się tego doczekam. — Susan, leżąc na łóżku i przeglądając „Czarownicę”, uśmiechnęła się do wchodzącej do dormitorium Clem. — Clementine Bennett wracająca ze schadzki tuż przed godziną policyjną.
— Nie byłam na schadzce — wyznała szczerze Clem, nie mając nawet tyle przyzwoitości, by dla satysfakcji Susan chociaż się zarumienić. — Byłam w bibliotece z Rupertem. Robimy razem projekt na eliksiry.
Clem rzuciła torbę na łóżko, a Puchatek, najwyraźniej zaalarmowany tym dźwiękiem, porwał się z kupy zwiniętych w kącie ubrań i podbiegł do Clem, domagając się natychmiastowej uwagi. Clem wzięła go na ręce, usiadła na materacu i posadziła sobie zwierzaka na kolanach. Puchatek z zadowoleniem przymknął oczy, gdy dziewczyna zaczęła go tarmosić za uszami.
— Projekt projektem, ale o tej porze nawet biblioteka staje się romantycznym miejscem. — Susan ze znawstwem pokiwała głową.
Clem skrzywiła się, a Puchatek spojrzał w stronę Susan i odsłonił małe kły.
— Dobra, już się nie odzywam — skapitulowała Susan, patrząc w ciemne ślepia Puchatka. Nagle, nie wiadomo czemu, nawiedziła ją wizja samej siebie pochylonej nad czarną, bezdenną otchłanią. — A swoją drogą, nie wiem, czy widziałaś, ale dzisiaj na tablicy ogłoszeniowej w naszym pokoju wspólnym pojawiła się informacja o planowanym przedświątecznym wypadzie do Hogsmeade. Znowu kupię mamie na święta gryzące klipsy, nigdzie indziej nie można tego dostać.
— To świetnie.
W Clem — w przeciwieństwie do reszty uczniów — myśl o wypadzie do Hogsmeade nie wywoływała pisków zachwytu, okrzyków radości czy rozterek pod tytułem „Czy ten przystojny chłopak, który siedzi ławkę przede mną na zaklęciach i ma tak uroczo podkręcone włoski na karku, zaprosi mnie wreszcie na randkę?”. Clem większość szkolnych wycieczek spędziła w towarzystwie jedynych przyjaciół, jakich miała: ulubionych książek, które mieściły się jej do podręcznej torby. Co prawda na początku trzeciej klasy próbowała zabierać się ze swoimi współlokatorkami, jednak szybko okazało się, że — podobnie jak w przypadku dzielenia stolika — na tej płaszczyźnie także brakowało im wspólnych tematów do rozmowy. Kiedy Clem wyznała, że nie ma pojęcia, jak wygląda wokalista Nieźle Nadzianych Szpilek, jej koleżanki w pierwszej chwili myślały, że Clem żartuje. Przecież on tak pięknie śpiewał i miał taką słodką grzywkę, że to aż niemożliwe, by istniała trzynastolatka, która nie miałaby kręćka na jego punkcie.
Clem jednak wcale nie była z tego powodu nieszczęśliwa. Książki nigdy nie próbowały wchodzić z nią w interakcje, kiedy Clem sobie tego nie życzyła, i nigdy jej nie zwodziły. Dziewczyna zawsze wiedziała, czego może się po nich spodziewać. Jeśli podczas pierwszego czytania kochany Gilbert Blythe uratował Anię przed utonięciem w Jeziorze Lśniących Wód, było wiadomym, że podczas kolejnej lektury nie zmieni się nagle w opryskliwego i aroganckiego bubka, który pozwoli Ani utonąć.
A Clem nie potrafiła powiedzieć tego samego o ludziach.
Puchatek, jakby zdając sobie sprawę z ponurych myśli swojej pani, polizał ją po ręku. Clem w odpowiedzi pogłaskała go po łebku i ucałowała w różowy pyszczek. Nie minął jeszcze miesiąc, odkąd Puchatek zamieszkał w ich dormitorium, a już zdążył urosnąć do rozmiarów teriera krótkonożnego, co uzmysłowiło Clem, że jej futrzyk nie jest jeszcze dorosłym osobnikiem i jednocześnie stało się źródłem zmartwień typu „Na Morganę, co ja zrobię, jak Puchatek zacznie mi zajmować pół dormitorium? Czym ja go wyżywię? Gdzie ja go ukryję? Jak ja go przecisnę przez drzwi?”.
Tymczasem Puchatek, najwidoczniej zupełnie nieświadomy tych rozterek, z najwyższym spokojem leżał Clem na kolanach z łebkiem wciśniętym w szczelinę pod jej pachą i wydawał z siebie pełne zadowolenia pomruki.
— Przynajmniej przy tobie robi się słodki — powiedziała na ten widok Susan. — Mnie albo próbuje ugryźć albo chwali się przede mną swoim pełnym uzębieniem. — Susan wygładziła róg jednego z dwóch własnoręcznie zrobionych plakatów, które zajmowały płaską powierzchnię za jej łóżkiem. Jedna z prac przedstawiała pana Darcy’ego w mokrej koszuli, a druga Czarodzieja Bez Wąsa, który co chwilę poprawiał sobie uchwyt na różdżkę3.
— Nie wiem, o czym mówisz. Puchatek zawsze jest słodki. — Clem wzięła go w obronę.
— Przy tobie tak — zgodziła się Susan. — Przy innych nie. Wczoraj niemal pozbawił Maggie palców, gdy ta przez przypadek złapała twój podręcznik do zaklęć.
— Pewnie chciał się pobawić, ale Maggie nie zrozumiała jego intencji.
— Nie wiem, jak ty, ale ja tam nie lubię się bawić w „kto pierwszy straci palce, ten trąba”.
— Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. To żywe stworzenie. Przecież nie będę go zamykać w kufrze za każdym razem, kiedy wychodzę. Poza tym Puchatek naprawdę nie jest groźny, nigdy nikogo nie skrzywdził.
— Jeszcze. Ale czasami patrzy jakoś tak… dziwnie. Nie mówię, żebyś zamykała go w kufrze, ale, nie wiem, spróbuj jakieś tresury, czy coś? Niech się nauczy, że odgryzanie palców ludziom jest be?
Clem skrzywiła się.
— Tresowanie zwierząt zawsze wydawało mi się takie… niehumanitarne. Zwierzęta są przyjaciółmi, a nie zabawkami.
— Na Merlina, Clem, niby jesteś taka mądra, a jak czasami coś palniesz, to nie wiem, czy powinnam się śmiać czy płakać. Dzieci też się tresuje, oczywiście, nazywa się to pięknie wychowaniem, ale czym tak naprawdę różni się mechanizm wychowywania dzieci od tresury zwierząt? Nie chodzi przecież o to, by walić batem zwierzęta, kiedy te nie chcą skakać przez płonące obręcze, ale żeby je czegoś nauczyć. A tak to skąd mają wiedzieć, co jest dobre, a co złe?
Puchatek, zaalarmowany stanowczym głosem Susan, podniósł pyszczek, ale Clem uspakajająco pogłaskała go za uchem.
— Może faktycznie masz rację, tylko… Puchatek naprawdę jest wcieleniem posłuszeństwa i słodkości.
Susan westchnęła. „Dobre i tyle” — pomyślała, po czym wróciła do czytania wariacko interesującego artykułu w „Czarownicy” pod tytułem „Skąd wiadomo, że mu się podobasz? Dziesięć niepodważalnych dowodów na to, że on za tobą szaleje”. Wyglądało na to, że najwyraźniej za Susan szalał profesor Snape.

*

Następnego dnia przypadała sobota, którą Rupert i Clem spędzali wspólnie w bibliotece, ślęcząc nad pracą dla Snape’a.
Rupert rozprostował palce i zerknął na Clem, która w najwyższym skupieniu robiła skrupulatne notatki z księgi grubszej niż jego pięść. Ciąg myśli, jaki nasunął mu się po tym widoku, niewiele miał wspólnego z samą Clem, za to bardzo wiele z oczywistym faktem, że Clem była dziewczyną.
Na ostatnim wieczorku poezji śpiewanej, w którym Rupert mógł uczestniczyć jedynie dzięki połączeniu kominkowemu, Ten Dziwny Facet Ze Srebrnym Zębem, jak nazywał go w myślach Rupert, przedstawił wzruszający i chwytający za gardło sonet o miłości. Było to dzieło tak piękne i tak idealne, że Rupert, oczarowany do głębi, w jednej chwili zapragnął znaleźć swoją „Lizzy z włosem płowym i czółkiem alabastrowym”, by móc trzymać ją za rękę pod gwieździstym niebem i szeptać jej do ucha wiersze Pabla Nerudy. Niestety, przynajmniej do tej pory, nie znalazła się żadna kandydatka chętna do odgrywania w jego życiu roli zakochanej Lizzy z kwiatami wplecionymi w warkocze.
— Znalazłeś? — Clem kopnęła go pod stołem w łydkę.
— Hę? — Rupert w jednej chwili zapomniał o kwiatach, warkoczach i gwiazdkach z nieba, gwałtownie sprowadzony na ziemię.
— Znalazłeś coś w tej książce na temat używania smoczej krwi w czasie pełni?
— A, tak. To znaczy, nie, nic nie było. Chyba faktycznie fazy księżyca nie wpływają na jej właściwości.
— No nie wiem. — Clem przygryzła końcówkę pióra, a po chwili z niezadowoleniem wypluła kłaczek pierza. — Skoro fazy księżyca mogą oddziaływać na krew czarodzieja, to chyba powinny też oddziaływać na smoczą krew. Dobrze się czujesz?
Dzięki wspólnemu projektowi Rupert i Clem nieco zbliżyli się do siebie, jednak rozmowa na temat romantycznych pragnień wciąż nie wydawała się Rupertowi najlepszym pomysłem, jako że stawiałaby jego męskość w mało korzystnym świetle.
— Po prostu trochę tu duszno — wyłgał się Rupert i niemal w tej samej chwili zdał sobie sprawę z tego, że faktycznie w bibliotece panował jakiś podejrzany zaduch. Z lekką paniką pociągnął nosem i pomyślał, że powietrze było jakby bardziej gęste niż zwykle.
Ale zanim Rupert zdążył poddać się panice do reszty, Clem wstała i uchyliła okno.
— Tak lepiej?
W odpowiedzi Rupert kiwnął głową i poluzował nieco szkolny krawat, mając jednocześnie w głowie obrazy dekadenckich poetów w rozchełstanych koszulach. „Niczym Artur Rimbaud” ­— pomyślał i od razu poczuł się lepiej.
— Tak czy inaczej, wydaje mi się to podejrzane — skomentowała Clem, odchrząknąwszy uprzednio, aby zamaskować lekkie rozbawienie z półleżącej postawy, jaką przyjął na krześle Rupert.
— Ta krew?
Clem kiwnęła głową.
— Jestem pewna, że właśnie tu tkwi haczyk. Jest to na tyle nieoczywiste, że… Ale z drugiej strony… Chociaż Snape lubi takie pułapki… A ty co o tym myślisz?
— Sam nie wiem. — Rupert wzruszył ramionami, co wyglądało komicznie w jego pozycji, gdzie barkami niemal stykał się ze stolikiem. — Jeśli nie uwzględnimy faz, a okaże się, że trzeba było to zrobić, Snape obetnie nam punkty. Ale z drugiej strony, jeśli je uwzględnimy, ale nie będziemy potrafili poprzeć tego żadnymi naukowymi argumentami, Snape też odejmie nam punkty.
— Musi być w tym jakiś haczyk, inaczej praca byłaby za prosta, a to nie w stylu Snape’a. Mówię ci, gdzieś tu coś nie gra. To jest tak pewne jak to, że im bliżej znajdziesz się czarnej dziury, tym bardziej ta będzie się chciała do ciebie przytulić.
Ruperta nawiedziła wizja przytulającego go Snape’a i aż się biedak wzdrygnął.
— Skończmy to wreszcie — poprosił.
Oboje wrócili do książek, nie mając pojęcia, że gdzieś daleko w kosmosie pewna samotna czarna dziura z utęsknieniem wyczekiwała obiektu, który mogłaby uściskać. Jak na złość, wszystko starało się omijać ją szerokim łukiem.

*

W dzień pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego Clem obudziła się o tej porze co zwykle, czując się tak jak zazwyczaj. Był to smutny, szary listopadowy poranek. Dokładnie taki, jakich nigdy nie opisuje się w książkach, bo są zbyt nudne. A przynajmniej tak wydawało się Clem. O tym, jak bardzo pomyliła się w swoich założeniach, miała się dopiero przekonać.
Clem nigdy nie przepadała za tłumami i widowiskami, w których uczestnicy przemieszczali się szybciej niż podczas meczu szachów, więc zamiast udać się na błonia, by obserwować zmagania zawodników Turnieju, postanowiła poświęcić ten czas na coś całkiem innego. Korzystając z przyjemnej ciszy, jaka zapanowała nagle w całym zamku, poszła do zapasowego składziku Snape’a. Zamierzała przyjrzeć się uważniej eliksirowi, który ostatnio uwarzyła dla bliźniaków.
I do pewnego momentu wszystko szło tak, jak Clem to sobie zaplanowała.
Nie przewidziała jednak pewnej małej drobnostki.
Falującej leniwie wielkiej dziury w miejscu, w którym jeszcze kilka dni temu stał eliksir. I był to dziwnie znajomy rodzaj dziury, taki, do którego można wejść i z niego wyjść. Niekoniecznie w jednym kawałku.
„To się nie dzieje naprawdę. Nie mogłam trafić na drugi portal w ciągu jednego miesiąca. W Howarcie nie powinno być portali, jeśli wierzyć „Historii Hogwartu”, a już szczególnie w starych składzikach. Portale powinny zostać w dwunastym wieku”.
Portal, zupełnie nieświadomy tego, że jego obecność przeczyła wszelkiej logice, najzwyczajniej w świecie sobie był i nie wyglądało na to, by w najbliższej przyszłości zamierzał zniknąć.

*

— Portal, jak w mordę strzelił! — Fred niemal podskoczył z ekscytacji.          
Clem, z początku nie bardzo wiedząc, co zrobić z nową wiedzą, kiedy tylko ochłonęła, poszła po bliźniaków. W końcu, jeśli nie oni stali za nagłym namnożeniem się portali, to kto?
— I to całkiem spory — zgodził się z bratem George.
— Czyli nie mieliście pojęcia, że w składziku jest portal? Nie wybraliście sobie tego miejsca na tajemną kryjówkę właśnie z tego powodu?
— Po tej przygodzie z portalem w bibliotece mieliśmy pewne podejrzenia…
— …więc przeskanowaliśmy Hogwart w poszukiwaniu ewentualnych magicznych osobliwości…
— …i okazało się, że Hogwart pełen jest przeładowanych magią pól energetycznych…
— …ale nie spodziewaliśmy się, że którekolwiek z nich może przekształcić się w portal.
— Niczego nie ruszajcie. — Clem podźwignęła się z podłogi, na której usiadła z nadmiaru emocji. — Idę po profesora Flitwicka.
— Oszalałaś? — George w ostatniej chwili złapał ją za rękaw. — Nawet tak nie żartuj. Jeszcze nie zdążyliśmy go obejrzeć. Nawet nie wiemy, dokąd prowadzi.
— Chyba nie zamierzacie tego sprawdzać. — Clem spojrzała na uśmiechających się głupkowato bliźniaków ze zgrozą. — O, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
— Daj spokój, Clem. Ostatnio opracowaliśmy z George’em świetne zaklęcie probabilistyczne. Jesteśmy w stanie orzec z pięcioprocentowym marginesem błędu, jak bardzo niebezpieczny jest portal.
— I w tym przypadku mamy tylko trzy procent szansy, że skończymy jako zupa.
— I dwa, że to jednak będzie bigos.
— Słuchajcie, portale nie mogą sobie tak po prostu wyskakiwać w Hogwarcie. Musimy o tym komuś powiedzieć. To nie jest normalne. A wejście do nieznanego portalu… Słuchajcie, przecież to może być portal na dno Rowu Mariańskiego albo na mugolską satelitę telewizyjną. Nie możecie sobie tak w ciemno przez niego przejść.
— Powiedziała ta, która znalazła dziurę w bibliotece i do niej wlazła. Daj spokój, tak naprawdę jesteś tak samo ciekawa jak my. Masz duszę poszukiwacza przygód.
— Jedyne przygody, jakie lubię, to te, które przydarzają się innym — zanegowała bezlitośnie Clem. — A ja czytam o nich, leżąc w łóżku.
— Najwidoczniej te portale nikomu nie przeszkadzają, skoro do tej pory nikt nie zajął się tym w bibliotece… — zaczął rozsądnie Fred, ale Clem natychmiast mu przerwała:
— Bo nikomu o nim nie powiedzieliśmy! Skąd mają o nich wiedzieć?
— Dumbledore na pewno wie o wszystkim, co się dzieje na terenie Hogwartu. Po prostu przymyka oko na to, co nie jest niebezpieczne, żebyśmy my mogli mieć z tego trochę radochy. Nie mów, że nie jesteś ciekawa, o co w tym chodzi i co jest po drugiej stronie.
— Nie bądź niemądry, oczywiście, że jestem. Ale jestem też ciekawa, czy dałoby radę przeskoczyć z okna w sowiarni na dach szklarni numer pięć, a jednak tego nie robię.
— Nie da się. — George spojrzał w dal, wyglądając jak człowiek doświadczony przez los. — Wierz nam, nie da się.
Clem zmarszczyła czoło, ale nie zamierzała ciągnąć dalej tematu skakania przez okna.
— Clem. — Fred złapał ja za ręce. — Jeśli naprawdę nie chcesz wchodzić do portalu, to przecież nie musisz tego robić. Po prostu nie utrudniaj tego nam.
— Jesteśmy dorośli i w pełni za siebie odpowiadamy — dodał George, gdy zauważył niezadowoloną minę Clem.
— Tak, ale…
Clem nie zdążyła dokończyć. Fred ją puścił, poklepał po ramieniu i cofnął się kilka kroków. Zanim dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, co ten zamierza, chłopak puścił do niej oczko i wskoczył do portalu.
Adiós! — George pomachał do niej i podążył za bratem.
Clem odczekała chwilę, ale nic się nie wydarzyło. Portal jak trwał, tak trwał, bliźniacy jak zniknęli, tak zniknęli. A potem zrobiła długi krok do przodu i pochyliła się nad dziurą. Poczuła, jak ta ją do siebie przyciąga i zobaczyła, że falująca powierzchnia powoli się wygładza. Chciała się cofnąć, ale w tym samym momencie portal wciągnął ją do środka.
________________________________
1 Cytat z „Idioty” F. Dostojewskiego w tłum. J. Jędrzejewskiego.
2 Jeśli ktoś się nie domyśla, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” J. K. Rowling w tłum. A. Polkowskiego, str. 188.
3 Czarodziej Bez Wąsa to główny bohater jednego z najsłynniejszych czarodziejskich romansów, który, niezależnie od czasów, cieszy się ogromną popularnością wśród czarownic. Historia opowiada tragiczne losy mugolskiego magika, który na dworze króla sídhe zakochuje się w jego obdarzonej magicznymi talentami córce.

niedziela, 15 listopada 2015

4. O tym, że każdy sposób na naukę jest dobry

Betowała Nadia. Dziękuję!

Listopad powoli chylił się ku końcowi, a mieszkańców Hogwartu ogarnęła nagła gorączka związana ze zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym zadaniem Turnieju Trójmagicznego. Nagle wszyscy zatwardziali kibice quidditcha zapomnieli, że nocą w pocie czoła wydłubywali w kamiennych ścianach napisy typu: „Brzytwodzioby z Tarapato robią herbatę z wody po pierogach”, „Nietoperze z Ballycastle nie obierają ananasa ze skórki, i w ogóle są strasznymi niejadkami” czy „Zjednoczeni z Puddlemere myślą, że kwadraty są okrągłe”. Teraz dawni wrogowie stawali się ich przyjaciółmi, o ile dopingowali tego samego uczestnika Turnieju. W przypadku sytuacji odwrotnej cała agitacja przeniosła się ze ścian na plakietki doczepiane igłą do mundurka. Nie było dokładnie wiadomym, kto stał za ich dystrybucją, ale fakt pozostawał faktem, że rozchodziły się jak świeże bułeczki. Kiedy profesorowie zaszczycili taką plakietkę spojrzeniem, mogli zobaczyć tam napis w stylu „Lubię transmutację” lub w najgorszym przypadku szczegółowy przepis na tartę po elficku. Prawdziwe hasła brzmiały zupełnie inaczej. „Potter cuchnie”, „Krum nie pierze gaci” (dostępne także w wersji łamanej bułgarszczyzny) czy „Diggory jest głupi jak troll, a tak w ogóle to śmierdzi mu z gęby”.
Nawet zwykle spokojni Krukoni dali się porwać powszechnemu podnieceniu. Pewien siódmoroczny Krukon wdał się w pojedynek z Gregorym Goyle’em, bo poróżniła ich kwestia szans Fleur Delacour na zwycięstwo w turnieju. Dziwnym trafem oskarżenia, że Goyle nie czyta książek i nie umie rzucać zaklęć dymiących, nie zrobiły na rzeczonym większego wrażenia. Niestety nie można było powiedzieć tego samego o pięściach Goyle’a, które z kolei wybiły z głowy Krukona ostatnie argumenty.
Clem jako jedna z nielicznych nie kibicowała nikomu i nie chciała nawet zgadywać, kto miał największe szanse na Puchar.
— Daj spokój, Clem — powiedziała pewnego wieczoru Susan, która przysiadła się do jej stolika głownie po to, by zerknąć, jak Clem zrobiła zadania z numerologii. — Nie wierzę, że nie masz swojego typu na zwycięzcę.
— Naprawdę nie mam — zapewniła ją spokojnie Clem, nawet nie podnosząc głowy znad książki „Urojone zaklęcia — działają naprawdę czy tylko w naszej głowie?”. — To wszystko to tylko kwestia przypadku i odrobina umiejętności magicznych. Nie mam żadnych jednoznacznych danych, na których mogłabym opierać swoje przypuszczenia.
— No dobrze — zgodziła się niechętnie Susan wobec tak twardo wyrażonej opinii. — No ale możesz komuś kibicować, nawet jeśli nie przemawiają za tym żadne racjonalne powody. Jak na przykład Diggory’emu, bo jest całkiem przystojny, a kiedy idzie, to mu…
— Susan, nie kończ — poprosiła Clem. — Dzieci słuchają. — Wskazała lekkim kiwnięciem głowy grupkę trzecioklasistek, które wpatrywały się w Susan z rosnącą ciekawością na niewinnych twarzyczkach.
— Ekhm. — Susan na ten widok odchrząknęła i dokończyła niezgrabnie: ­— …skrzaty rzucają kwiaty pod nogi. To właśnie chciałam powiedzieć.
Zawiedzone trzecioklasistki odwróciły od nich wzrok i na powrót zajęły tym, co robiły, zanim zaczęły podsłuchiwać.
Susan udało się nic nie mówić przez jakieś pięćdziesiąt siedem sekund. Walczyła dzielnie ze swoim gadulstwem, ale ponieważ dopiero co usłyszała najnowszą plotkę, to czuła przemożną chęć, by się nią podzielić.
— A ty nie myślisz, że Diggory jest przystojny? — zaczęła ostrożnie.
W odpowiedzi Clem wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Nigdy z nim nie rozmawiałam.
Susan poczuła się wytrącona z właściwego przeciętnej dziewczynie toru myślowego. Zamrugała i wyrzuciła z siebie, ogłupiała:
— Nie musisz z kimś rozmawiać, żeby stwierdzić, że jest przystojny.
— Naprawdę? To skąd mam tak to wiedzieć, czy spodoba mi się sposób, w jaki na przykład marszczy brwi, gdy mówi coś w gniewie?
— Co? — Mina Susan przypominała tę, jaką dziewczyna przybierała, kiedy nauczyciel zadał jej tak głupie pytanie, że nawet nie wiedziała, gdzie szukać na nie odpowiedzi.
— Skąd mogę wiedzieć, czy jest przystojny, skoro nigdy nie widziałam z bliska mimiki jego twarzy? Może kiedy się śmieje, to wygląda jak wampir z zatwardzeniem? Jeśli jesteśmy powierzchowne, to bądźmy powierzchowne na serio.
— Nieważne. — Susan machnęła tylko na to ręką, uświadomiwszy sobie, że niektórych ludzi lepiej nawet nie próbować zrozumieć. — A kojarzysz Cho Chang z naszego domu? Jest rok niżej od nas.
— Tak — potwierdziła Clem i schowała się za książką, by Susan nie mogła dostrzec jej uśmiechu, gdy dodała: — Jest ładna, o ile nie zacznie się śmiać.
— Już dobrze, dobrze — skapitulowała Susan, wywracając oczami. — Wiem, co chcesz osiągnąć. Nie oceniaj książki po okładce i te sprawy. Ja tylko chciałam powiedzieć, że Diggory i Chang podobno ze sobą kręcą.
— Och, to pewnie dlatego na niektórych plakietkach obok hasła „Diggory rządzi!” zaczęło się pojawiać „Zdychaj, Chang”1.
— Biedna Chang — westchnęła Susan, zwijając pergamin ze swoją praca domową. — Musi teraz znosić ciężki los oblubienicy celebryty. No nic. Idę na kolację. Też się wybierasz?
— Nie, mam w torbie paszteciki z obiadu, które zamierzam transmutować w coś lepszego.
— W takim razie do zobaczenia w dormitorium. I dzięki za pomoc przy numerologii. — Susan pomachała do niej zwiniętym rulonikiem pergaminu, po czym odeszła do swojego stolika i powiedziała coś siedzącym tam dziewczynom. Po chwili wszystkie opuściły pokój wspólny, dyskutując o czymś z przejęciem.
Ledwie Clem zdążyła oderwać wzrok od drzwi wyjściowych, za którymi zniknęła jej ostatnia para nóg współlokatorek, a już ktoś nowy rzucił cień na jej stolik.
— A ty nie idziesz z koleżankami? — spytał Aiden, po czym usiadł na krześle naprzeciwko i bez skrupułów sięgnął po książkę, którą dziewczyna czytała.
Clem próbowała mu w tym przeszkodzić, ale że miała refleks godny stutonowej statuy, jej ręce zacisnęły się na powietrzu.
— Nie.
— Wiesz, jeśli ciągle będziesz się tak uczyć, to w końcu skończysz jak Binns — powiedział Aiden, bez przekonania kartkując wyrwaną dziewczynie książkę.
— Jak Binns?
— Zapomnisz, że ludzie powinni coś jeść, by nie umrzeć.
— Nie musisz się o mnie martwić, mam ze sobą paszteciki z obiadu. — Clem schyliła się do torby i na dowód wyciągnęła z niej kilka wymiętych i zatęchłych pasztecików. — Oj — zmartwiła się szczerze, gdy jeden z nich przyklapł jeszcze bardziej po położeniu go na stole.
— Zamierzasz to jeść? — przeraził się chłopak, odruchowo cofając się na krześle, bo uwolnione paszteciki natychmiast zaczęły emitować Zapachy2.
— Nie przesadzaj, nie są przecież takie najgorsze. Poza tym zamierzam je transmutować w coś bardziej zjadliwego. — Clem kujnęła jeden z pasztecików czubkiem palca, po czym, najwidoczniej zadowolona z efektów owego kujnięcia, wycelowała w jedzenie końcem różdżki.
Paszteciki najpierw rozrosły się dwukrotnie, po czym oklapły jeszcze bardziej i zamieniły się w coś bardzo rozmiękłego i bardzo płaskiego.
— Co to ma być? — spytał Aiden, zezując w stronę stolika. — Transmutowałaś to w krowi placek?
— To miała być zupa grzybowa, ale nie jestem najlepsza z zaklęć kulinarnych. Profesor McGonagall ciągle powtarza, że jestem zbyt brutalna, gdy chodzi o transmutację, dlatego z delikatnymi przedmiotami nigdy mi nie wychodzi — przyznała się szczerze.
— To widzę. — Aiden odłożył książkę na miejsce, po czym sięgnął do kieszeni po własną różdżkę. — Ciesz się, że robię owutemy z transmutacji. Wolisz z suszonych czy świeżych grzybów?
— Naprawdę potrafisz transmutować z takimi detalami? — Clem zagwizdała z zachwytem. — Nie wiedziałam, że jesteś taki dobry.
W odpowiedzi Aiden chrząknął wymijająco i lekko się speszył pod wpływem pełnego podziwu spojrzenia dziewczyny.
— No więc?
— Mogą być suszone.
Aiden machnął różdżką, a papier, w którym wcześniej owinięte były paszteciki, zamienił się w talerz, po czym zakołysał nią raz jeszcze, a brązowa glutowata maź nabrała konsystencji zupy.
— Dzięki. Faktycznie dobra. — Clem z uznaniem pokiwała głową.
— Wiesz, tak właściwie to przyszedłem, bo chciałem ci coś powiedzieć — wyznał po kilku minutach Aiden.
Clem włożyła do buzi ostatnią łyżkę zupy, po czym spojrzała na Aidena pytająco.
— Ten twój futrzyk… Od tamtego dnia nie daje mi to spokoju. Jestem pewien, że kiedyś coś gdzieś o nich czytałem, ale przerzuciłem wszystkie swoje książki i nic nie znalazłem.
— I pewnie nie znajdziesz. — Clem westchnęła. — Ja przeszukałam całą szkolną bibliotekę i nic sensownego nie znalazłam. Nawet Półkę Gdybania.
Półka Gdybania była osobliwą półką w Dziale Książek Niepotrzebnych, na której znajdowały się książki, których istnienie było wiarygodnie prawdopodobne w danym okresie czasu. Trafiało się, że lektura z tego działu nagle wyparowywała z uczniowskiej torby, gdy zdarzyło się coś, co sprawiło, że bardziej możliwym stał się wariant, że autor jednak książki nie napisze, po czym po kilku miesiącach znowu pojawiała się w bibliotece. Jednak i tak dla Clem najbardziej denerwujące było to, że księgi z tego działu często zmieniały treść podczas czytania, tak że czasami po przerzuceniu strony człowiek nagle zdawał sobie sprawę, że czyta o czymś zupełnie innym niż przed chwilą.
— Myślałam, żeby przejść się z Puchatkiem do gajowego, ale od dawna nie mam już opieki i, sama nie wiem, trochę mi głupio.
— Do Hagrida? Oszalałaś? Widziałaś, co on ostatnio wyprawia z czwartym rokiem? Każe im wyprowadzać na spacer sklątki tylnowybuchowe. Dla niego nawet bazyliszek to pewnie tylko śmiszny i niegroźny zwirzaczek.
— Pewnie masz rację. — Clem odchyliła się na krześle i westchnęła z widocznym zmęczeniem.
Aiden przyjrzał się jej podejrzliwie, po czym spytał niespodziewanie:
— Chcesz, żebym ci pomógł z twoją pracą domową? W sumie jest już późno, a sądząc po ilości książek na twoim stoliku, jeszcze sporo ci zostało.
— Nie, dzięki. Pewnie zejdzie mi się dłużej, niż gdybyś mi pomógł, ale jeśli sama będę dochodzić do właściwego rozwiązania, to lepiej zrozumiem problem i prawdopodobnie więcej zapamiętam.
— Naprawdę jesteś mądra, co? — Z tonu i miny Aidena można było wywnioskować, że jest to ogromna zaleta.
Wbrew przewidywaniom Aidena ten szczery i niespodziewany komplement wcale nie połechtał próżności Clem. Krukonka, jakby nigdy nic, sięgnęła z powrotem do książek i powiedziała zdecydowanym głosem:
— Nie jestem mądrzejsza od innych. Po prostu ciężko pracuję na swoje stopnie. Nie jestem żadnym cudownym dzieckiem, któremu wystarczy kilkukrotne powtórzenie zaklęcia, by się go poprawnie nauczyć. Muszę dużo czytać i dużo ćwiczyć, by moja nauka przynosiła porządne efekty.
— Nie wiesz, że kiedy ktoś cię komplementuje, wystarczy się z nim zgodzić? — Aiden uśmiechnął się. — Ale właśnie to miałem na myśli, mówiąc, że jesteś mądra. Ciężko pracujesz na swoje sukcesy i nie udajesz przed innymi, że jest inaczej. To jest właśnie cecha, którą zawsze podziwiam u innych. — Aiden wygłosił to tym samym zdecydowanym tonem, co Clem swój krótki monolog przed chwilą.
Clem pochyliła się nieco bardziej nad książką.
— Dzięki — powiedziała, skubiąc okładkę. A potem przerzuciła stronę i widząc trudne do rozwiązania równanie, kompletnie zapomniała o otaczającym ją świecie.

*

Dokładnie dwie i pół godziny przed planowanym rozpoczęciem zajęć dźwięk budzika wyrwał ze snu Susan Summers. Krukonka sięgnęła po różdżkę i zaklęciem niewerbalnym wyłączyła alarm. A potem mechanicznie, jakby wykonywała te same czynności codziennie, wstała i zaczęła zbierać pozornie przypadkowe przedmioty rozrzucone po dormitorium. Dopiero kiedy wszystko, czego najwidoczniej potrzebowała, znalazło się w jej rękach, udała się do łazienki. Tam stanęła przed lustrem i z wciąż zaspanymi oczami zaczęła wykonywać szereg mozolnych operacji, które dla postronnego obserwatora mogły wydać się niemalże niemożliwymi do powtórzenia. Najpierw ściągnęła z twarzy maseczkę z piżma, która zgodnie ze słowami Angeliny Johnson miała sprawić, że skóra Susan będzie gładka i mięciutka jak pupcia niemowlaka. Potem przyjrzała się uważnie czerwonym plamom, które wyszły na światło dzienne po zdjęciu szarego mazidła i następnie zaczęła w każdą jedną z tych skaz stukać różdżką, aż wszystkie zaczerwienione fragmenty zblakły. Kolejne w kolejce były włosy. Susan długo machała nad nimi różdżką, najpierw myjąc je w trzech wodach i obkładając najróżniejszymi specyfikami, a potem susząc i wreszcie układając z precyzją godną podziwu. Innym mogło się wydać, że frywolna fryzura Susan jest po prostu elementem jej naturalnego wdzięku, jednak każde wygładzone pasmo i każda zakręcona fikuśnie końcówka były dziełem jej różdżki. Te prace trwały jeszcze długo. Kiedy wreszcie Susan skończyła pierwszy etap porannego przygotowywania i wróciła do dormitorium, żeby skompletować swoją garderobę, pozostałe dziewczyny dopiero zaczynały się budzić. Jedynie Clem siedziała na swoim łóżku, zawinięta szczelnie kołdrą, w pełni rozbudzona. Susan domyśliła się, że Clem wstała wcześniej, żeby jeszcze przed śniadaniem pouczyć się do sprawdzianu z transmutacji.
Susan cmoknęła głośno i stanęła przed szafą. Jej magicznie powiększona półka była zawalona różnego rodzaju ubraniami: zaczynając od fikuśnych topów i obcisłych sukienek, przez krótkie sweterki i dopasowane spodnie, na luźnych i powyciąganych dresach kończąc. Susan sięgnęła po naszykowany poprzedniego wieczora modny komplet i przyjrzała mu się krytycznie.
Ktoś mógłby pomyśleć, że osoba, która poświęca tyle czasu na przygotowanie się do wyjścia i która stosuje tyle różnorodnych trików poprawiających urodę, w rzeczywistości musi być strasznie brzydka. Nic bardziej mylnego. Susan nawet bez tych wszystkich zabiegów cieszyła się przyjemną dla oka aparycją. Uważała jednak, że jej świętym obowiązkiem jako kobiety jest staranie się o to, by każdego dnia wyglądać jak najlepiej się tylko da.
— Wiesz, gdybyś połowę tego czasu, który poświęcasz na strojenie się, poświęciła na naukę, miałabyś same Wybitne — zauważyła ponurym głosem Clem.
Susan zerknęła na nią przez ramię. Clem miała podpuchnięte z niewyspania oczy i, jak zwykle, przeraźliwie bladą twarz.
„Trochę jak dawna arystokracja” — pomyślała ze śmiechem Susan. „W sumie nic dziwnego, rzadko ma kontakt ze słońcem, a nawet jak jest na dworze, to trzyma nos w książkach”.
— Dobrze więc, że jestem inteligentna i nie muszę wiecznie siedzieć w książkach. — Susan uśmiechnęła się do markotnej i nachmurzonej Clem. — Kobieta musi dbać o swoją urodę, chyba że chce zostać starą panną.
— Czy to jakiś przytyk w moim kierunku? Jak zdobędę porządne wykształcenie, to wtedy zacznę się martwić moim ewentualnym staropanieństwem. I na pewno nie mam zamiaru myśleć o nim, kiedy wciąż mam siedemnaście lat. Na razie moim priorytetem jest dzisiejszy sprawdzian z transmutacji.
Susan jedynie pokręciła głową. Na takie jak Clem nie było lekarstwa. Wydawało im się, że odpowiednia partia sama do nich przyjdzie, że o nikogo nie muszą zabiegać i nikogo zdobywać. A potem pewnego dnia budziły się jako siwe właścicielki piętnastu kotów i pojedynczego łóżka.
Susan nie była tak naiwna i swoje poszukiwania idealnego mężczyzny rozpoczęła, kiedy tylko przestała uważać się za dziecko, to jest, gdy odkryła maminą kolekcję książek Jane Austen. Jak na razie bez większych sukcesów, jednak Susan nie traciła nadziei. Po prostu szukała prawdziwej perełki w morzu testosteronu i nie zadowalała się byle kim.
— Idę na śniadanie. — Susan zamknęła podręczną kosmetyczkę, co było sygnałem, że poranne przygotowanie dobiegło końca. — Kto idzie ze mną?
Pozostałe dziewczyny, rozczochrane i w różnym stadium roznegliżowania, nie miały czasu nawet na nią spojrzeć. Wyjątkiem była Maggie, która najwidoczniej zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek by nie zrobiła, i tak nie zdąży, utkwiła w Susan pełne podziwu spojrzenie.
— Jak to możliwe, że zawsze najwcześniej jesteś gotowa i najlepiej wyglądasz?
— A to ci dopiero sekret — mruknęła pod nosem Clem, która spakowała do torby książki i akurat mijała Susan w drodze do wyjścia.

*

Za równe dwadzieścia trzy minuty Clem czekał sprawdzian z transmutacji, a ona wciąż nie powtórzyła ostatniego rozdziału. Dziewczyna myślała, że już nic gorszego nie może się jej przydarzyć. Zapomniała jednak, że prawa Murphy’ego nigdy nie śpią.
— Opanuj się, Clem. — Jeden z bliźniaków Weasley wepchnął się na ławkę z jej prawej strony, podczas gdy drugi usadowił się po jej lewej. — Bo jeszcze kogoś trafisz wigorem i energią tryskającymi z twojej uśmiechniętej twarzyczki.
Clem spojrzała na nich ponuro przekrwionymi i podpuchniętymi oczami.
— Na wypadek gdybyście nie zrozumieli przesłania tego spojrzenia, służę uprzejmie tłumaczeniem. — Clem uśmiechnęła się z wysiłkiem. — „Stworzenie zionie ogniem. Nie podchodzić, nie dokarmiać, nie próbować nawiązać żadnego kontaktu”.
— A właśnie chcieliśmy ci zaproponować cukierka. — Fred Weasley westchnął z przesadnym dramatyzmem.
Clem zmierzyła ich niewinne twarze podejrzliwym spojrzeniem.
— Czy mi się wydaje, czy wy właśnie próbujecie mnie wrobić w rolę królika doświadczalnego?
— Och, Clem, jak możesz oskarżać nas o coś tak bezdusznego? — George złapał się za serce, udając śmiertelnie urażonego. — Chcieliśmy zaproponować ci bezinteresowną pomoc.
— Słyszeliśmy, że wasza klasa ma dzisiaj sprawdzian z transmutacji.
— A ty, nie obraź się, ale wyglądasz, jakbyś została pogryziona przez zombie.
— Więc zgodnie uznaliśmy, że nasz mały cukiereczek może ci się przydać.
— Czy wy zapomnieliście, że sama uczestniczyłam w procesie jego tworzenia i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze na nikim go nie testowaliście?
— No wiesz? A myślisz, że dlaczego cały wczorajszy dzień spędziliśmy w łazience Jęczącej Marty? Przecież nie dla towarzystwa.
— Czyli cukierek zadziałał? — zainteresowała się żywo Clem. Nie popierała łamania szkolnych regulaminów, ale w tę sprawę czuła się niejako zaangażowana, nawet jeśli to bliźniacy odwalili całą robotę.
— Aż za bardzo. Lepiej unikaj tej toalety przez kilka kolejnych dni — ostrzegł ją lojalnie Fred, a George zgodnie pokiwał głową.
— I nie rozmawiaj z Jęczącą Martą. Chyba poczuła się urażona tym, jak potraktowaliśmy jej rurę ściekową.
Clem pokręciła głową z niedowierzaniem i podniosła się z ławki. Zarzuciła na ramię rzemyk swojej szkolnej torby i po raz ostatni spojrzała na bliźniaków.
— Tak czy inaczej, dzięki za ofertę, ale obejdę się bez cukierka. Możecie za to trzymać za mnie kciuki, nie obrażę się.
Pod klasą zgromadziła się już większa część uczniów realizująca owutemy z transmutacji. Jak to zwykle bywa przed sprawdzianami — pod drzwiami tłoczyła się grupa ludzi o minach skazańców czekających na wyrok, która każdemu nowoprzybyłemu zadawała to samo pytanie:
— Umiesz?
Gryfon, którego akurat obarczono brzemieniem odpowiedzi, wzruszył lekceważąco ramionami.
— Wiecie, jak to jest — powiedział z firmowym uśmiechem na ustach. — Nawet poszedłem wczoraj do biblioteki, żeby się pouczyć, ale ostatecznie cały wieczór spędziłem na robieniu nowego questa w „Wizard Age”. Wiecie, w bibliotece jest świetny zasięg Fiuu.
Clem, która usłyszała jego odpowiedź, uśmiechnęła chochlikowatym uśmiechem. Tak się złożyło, że widziała go wczoraj w bibliotece z nosem wciśniętym między książki niczym rodowita ryjówka. Jednak prawdą powszechnie znaną było to, że człowiek uczący się do sprawdzianu to człowiek nudny, nijaki i nieciekawy. Natomiast student olewający naukę, który dzień przed zaliczeniem zajmował się jedynie rozrywką, mógł się uważać za osobę interesującą, coolerską i wartą poznania.
Profesor McGonagall wpuściła ich do klasy kilka minut przed rozpoczęciem zajęć. Clem usiadła na swoim zwyczajowym miejscu i usiłowała zrozumieć jedno z niewielu zagadnień, których za nic w świecie nie mogła pojąć, chociaż zdążyła się już nauczyć wszystkich dostępnych jej definicji na pamięć.
Nagle na krzesło obok niej opadła szkolna torba.
— Mogę? — spytał Rupert Monroe, gdy Clem podniosła na niego zdziwione spojrzenie znad podręcznika. — Steele i Parker zajęły moją ławkę, a mnie nie chciało się z nimi o to wykłócać, skoro koło ciebie i tak jest wolne. Masz coś przeciwko?
Clem, w pierwszej chwili lekko oburzona i przerażona takim nagłym wtargnięciem w jej skrawek przestrzeni osobistej, ostatecznie kiwnęła głową na znak zgody. Dziewczyna pomyślała, że w sytuacji Ruperta zachowałaby się dokładnie tak samo, zwłaszcza że nie chciałaby tracić nerwów tuż przed sprawdzianem na niepotrzebne kłótnie o miejsce.
— Przygotowałeś się? — spytała Clem, tylko po to, by cokolwiek powiedzieć i móc potem w spokoju milczeć. I tak spodziewała się typowej odpowiedzi „Nie, no co ty”, „Szkoła nie zając, nie ucieknie” czy „Cały wczorajszy wieczór spędziłem na nauce jodłowania”.
— Cały dzień próbowałem to ogarnąć — wyznał Rupert ku zdumieniu Krukonki. — Ale nie przykładałem się na bieżąco, więc nie dałem rady nauczyć się wszystkiego w jeden dzień. Wciąż mam problem z niektórymi teoriami.
— Może z wtórną teorią transmutacji?
— Nie, to akurat załapałem.
— Naprawdę? Ja przewaliłam z pięć książek i wciąż nie bardzo wiem, o co w tym chodzi.
— To nic trudnego. Zobacz. — Rupert podsunął sobie czystą rolkę pergaminu i zaczął po niej kreślić strzałki, które zbiegały się w jednym miejscu i rozchodziły w drugim. Dopiero potem narysował odpowiednie symbole i zaznaczył wtórny kierunek zmienności.
— Ale tak nie można! W podręczniku… — zaczęła ze świętym oburzeniem Clem, kiedy nagle, patrząc na notatki Ruperta, poczuła, że coś w jej mózgu zaskoczyło. No tak, to miało sens, tylko że w żadnej książce nie tłumaczono tego w taki sposób. — Na śmierdzące skarpetki Roweny, tak faktycznie jest prościej. W ogóle nie pomyślałam, że można to tak obejść. Niesamowite!

*

Hanna Steele, niepozorna Puchonka, której marzeniem było wyhodować gryzące cebule, patrzyła na położoną przed sobą kartkę z rosnącą paniką, która wyjątkowo nie miała nic wspólnego z niedouczeniem. Hannie zaczynało brakować miejsca na pisanie, a dotarła dopiero do czwartego pytania. Z linijki na linijkę pismo Puchonki stawało się coraz mniejsze i mniejsze, aż wreszcie, kiedy do krawędzi kartki zostały jej niecałe dwa cale, Hanna musiała stanąć przed ważną, życiową decyzją. Poprosić o dodatkową kartkę i wyjść na kujona czy podarować sobie odpowiedź na ostatnie pytanie?
Hanna nie wiedziała, że jej sąsiadka, piegowata Parker, zmagała się z odwrotnym problemem: jej z kolei wydawało się, że na teście zostawiono zdecydowanie za dużo miejsca na odpowiedzi. Parker należała do tego typu uczniów, którzy przed rozpoczęciem procesu wkuwania musieli przejść wszystkie etapy pośrednie takie jak: marudzenie, że trzeba się uczyć, parzenie herbaty, szukanie kolorowych długopisów i flamastrów, znoszenie książek do jednego miejsca, narzekanie na program szkolnictwa, przygotowywanie sobie miejsca pracy, robienie zapasów przekąsek i tak dalej. Problem Parker polegał na tym, że cały proces przygotowawczy trwał u niej tak długo, że na naukę po prostu nie starczało jej czasu.
— Sprawdzian dobiegł końca — zakończyła te katusze profesor McGongall. — Accio testy.
„Przynajmniej nie wyszłam na kujona” — pocieszyła się w myślach Hanna Steele, patrząc jak jej ciasno zapisana kartka ląduje w rękach nauczycielki.
„Przynajmniej nie zużyłam dużo atramentu” — pokrzepiła się w tym samym momencie Parker. Jednak chwilowy spokój ducha, jaki odczuła po tym samopocieszeniu, szybko się ulotnił, kiedy w drodze na kolejne zajęcia pozostali uczniowie z jej klasy zaczęli szczegółowo omawiać pytania i swoje odpowiedzi.
— Co tak zzieleniałaś? — Hanna Steele spojrzała na nią z troską. — Źle ci poszło?
Parker, upewniwszy się, że nikt poza Hanną na nią nie patrzy, kiwnęła wolno głową.
— Och, nie martw się, na pewno nie poszło ci tak źle. Pierwsze zadanie na pewno masz dobrze, to był taki banał, że nawet Filch by na to odpowiedział. Wyszło ci dziesięć magodioptrii, prawda?
— A, tak — skłamała Parker, zastanawiając się, czym są te magodioptrie i dlaczego ona nigdy o nich nie słyszała.

________________________________
1 Biedny Harry jak zwykle niczego nie zauważył.
2 Między zapachami a Zapachami istnieje znacząca różnica. Przede wszystkim przy zapachach można utrzymać jedzenie w żołądku.