czwartek, 31 grudnia 2015

5. O tym, że wybór mniejszego zła nie jest prosty cz. 1

Przede wszystkim: szczęśliwego Nowego Roku!
Bardzo dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, które są dla mnie nieskończonym źródłem weny i motywacji do pisania. Naprawdę, każdy jeden, choćby jednozdaniowy, ogromnie mnie cieszy.

Betowała niezastąpiona Nadia. Dziękuję!

Severus Snape szedł żwawo przez korytarz — albo raczej sunął jak po lodzie, a poły jego płaszcza powiewały niczym, dajmy na to, skrzydła nietoperza. Wystarczył jeden rzut oka na jego kompletnie nic niewyrażającą twarz, by zorientować się, że mistrz eliksirów był tego dnia w wyjątkowo złym humorze. W dzień taki jak ten starsi uczniowie, którzy zdążyli wykształcić w sobie coś na wzór odruchu obronnego, kryli się po najciemniejszych zakamarkach korytarzy, jeszcze zanim profesor Snape pojawił się w zasięgu ich wzroku. Młodsi, którzy jeszcze nie nabyli tego instynktu, w ostatniej chwili rozpierzchali się przed Snape’em tak ochoczo, że co poniektórzy gotowi byli wyskakiwać przez okna, byle tylko uniknąć spotkania twarzą w twarz z ulubionym nauczycielem (na szczęście profesor Dumbledore, najwidoczniej zdając sobie sprawę z uspokajającego wpływu, jaki profesor Snape wywierał na uczniów, prewencyjnie zabezpieczył wszystkie okna w Hogwarcie). Ci nieco bardziej odważni wyciągali spod szaty sznurki czosnku i szeptali pod nosem ochronne zaklęcia lub znienacka kroplili szatę profesora wodą święconą.
Severus Snape wyminął bez słowa skamieniałe na jego widok Puchoniątko o płci trudnej do zidentyfikowania i zatrzymał się przed drzwiami do swojej klasy. Był zrozpaczony.
Niewiele osób zdawało sobie sprawę z tego, że Severus Snape, za dnia nieczuły i wredny nauczyciel eliksirów, nocami jako Upadły_Anioł_666 pisał tkliwe poematy i romantyczne powieści gotyckie. Część swojego dorobku literackiego publikował w „Różdżce i piórze”, gdzie istniał szeroko rozwinięty dział „Kociołek pełen grozy". Przez ostatnie kilkanaście miesięcy, w przerwach między sprawdzaniem klasówek i pełnieniem obowiązków podwójnego szpiega, pisał prawdziwe arcydzieło. Tworząc kluczową dla fabuły scenę, w której główny bohater szykował się na śmierć w lochach lorda Garnka i przechodził duchową przemianę, nawet on łkał nad pergaminem. Był pewien, że jego powieść — wydana w dwóch tomach — nawet najbardziej zatwardziałego śmierciożercę chwyci za serce i wyciśnie z niego łzy. A tymczasem, gdy dzisiejszego ranka otworzył poranną gazetę, dowiedział się, że jego „Zamczysko w Spinner’s End” jest „żałosnym przykładem grafomanii pryszczatego nastolatka, który nadął się i pisał Powieść Swojego Życia” i jednocześnie „bulwersująco seksistowską historią, która tylko utrwala w społeczeństwie niewłaściwe, przestarzałe wzorce”. Poza tym „w prawdziwym świecie rudowłosa piękność nigdy nie zostawiłaby przystojnego lorda Garnka dla głównego bohatera, który ciągle się nad sobą użala i w dodatku prowadzi cokolwiek podejrzane życie wampira o podwójnej moralności” i „Czy główny bohater przez te tysiąc pięćset siedemdziesiąt dwie strony chociaż raz się umył? Ciągle czytamy o jego upodobaniach kulinarnych, guście literackim, porannych rytuałach, czarnomagicznych preferencjach, ale o wodzie ani słowa”.
Severus Snape zmełł w ustach przekleństwo. Co ta cała Rita Skeeter — autorka recenzji — mogła wiedzieć o prawdziwej sztuce? Co mogła wiedzieć o cierpieniu i miłości po grób? Jak śmiała zmieszać z błotem jego powieść, która była tak głęboka, że w tej głębi mogłoby utopić się dziesięć takich recenzentek jak Skeeter.
Profesor Snape otworzył drzwi i ciągle w śmiertelnie złym humorze wszedł do środka. Pewien gryfoński śmiałek ku uciesze zgromadzonych w klasie studentów recytował właśnie z aktorskim wyczuciem:
— „Nie rozumiem czego, ale boję się... Coś jakby wisi w powietrzu, jakby nietoperz, nieszczęście się zbliża, boję się, boję się, i tyle!..."1
Snape chrząknął, a w klasie natychmiast ucichło. Gryfoński śmiałek nagle jakby się skurczył, spłaszczył i zaskakująco udanie próbował imitować fragment ściany.
— Jordan, dziesięć punktów od Gryffindoru za twoje oratorskie popisy. Odklej się od tej ściany i siadaj na miejsce. Masz na to trzy sekundy. Raz… — zaczął tonem wyrachowanego mordercy.
Lee Jordanowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zanim profesor Snape zdążył policzyć do dwóch, Lee już siedział przy swoim kociołku.
Profesor Snape zasiadł za katedrą i powiódł wzrokiem po swoich podopiecznych.
Uczniowie zadrżeli. Intuicyjnie wyczuwali, że to był właśnie Ten Dzień. Dzień, w którym wyprowadzenie z równowagi profesora Snape’a mogło się skończyć w najlepszym przypadku wyparzeniem jelit. Dlatego milczeli i czekali na wyrok. Co tego dnia zaplanował dla nich Snape? Warzenie odtrutki na trzynaście najbardziej trujących trucizn? Sprawdzian ze stu czterdziestu pięciu właściwości korzenia mandragory? Próbowanie własnoręcznie zrobionego na poprzednich zajęciach eliksiru na wzdęcia?
Snape odchrząknął. A potem przemówił:
— Dzisiaj będziecie pracować w grupach. Podzielcie się na dwu- lub trzyosobowe zespoły.
Studenci odetchnęli. Czy było coś, co wymagało mniejszego zaangażowania w zajęcia niż praca w grupach? Łatwizna. Wszystko na pewno zrobi ta małomówna kujonka, która co roku dostaje ze wszystkich testów W — bo, jak wiadomo, w każdej klasie zawsze znajdzie się ktoś taki.
Tymczasem Snape, obserwując pełne ulgi twarze uczniów, pozwolił sobie na leciutki, wredny uśmieszek. Praca w grupach była idealną pułapką dla takich naiwnych kretynów. Ludzie zwykle nie zdawali sobie z tego sprawy, ale kiedy zaczynali pracować w stadzie, coś dziwnego działo się z ich możliwościami intelektualnymi i nagle pomysły typu „Rozbierzmy się do rosołu i śpiewajmy pod ministerstwem rzewne pieśni wojenne” wydawały się im szalenie interesujące. Pewni czarodziejscy uczeni udowodnili nawet, że długotrwałe przebywanie w tłumie grozi obniżeniem IQ poszczególnych jego członków do poziomu samogłowa — w dodatku samogłowa z umysłowym upośledzeniem.
Clem i Rupert, którzy byli tego świadomi, westchnęli unisono. Oboje pomyśleli w tym momencie o tym samym: „Muszę znaleźć sobie parę, która nie będzie głupsza ode mnie i będzie się potrafiła ustrzec pułapek pracy w grupie”. A potem spojrzeli na siebie nawzajem, zamrugali i ułożyli usta w okrągłe „o”.
— Chcesz pracować ze mną? — spytał Rupert.
— Pracujemy tylko we dwoje? — upewniła się Clem.
Rupert kiwnął głową.
— W takim razie z miłą chęcią.
Są takie wydarzenia, które — przeżyte wspólnie — muszą się zakończyć…2 Ale nie uprzedzajmy faktów.

*

Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się i przeszła przez nie para drugoroczniaków. Aiden oderwał od nich wzrok i na powrót zajął się książką, którą czytał. Reszta siódmoklasistów, która rozsiadła się w jego pobliżu, nawet nie zwróciła uwagi na nowoprzybyłych.
Frost, chłopiec o uroczych blond loczkach amorka i przyjemnej dla oka buzi, zerknął na Aidena.
— Czekasz na kogoś?
Aiden pokręcił głową, po czym wzruszył ramionami.
— Nie. Tylko… — Wyprostował się w fotelu i wykonał taki gest głową, jakby chciał powiedzieć „sam nie wiem”. — Robi się późno.
— No.
— Zbliża się godzina policyjna.
— No.
— A Clem jeszcze nie wróciła.
— Kim, u licha, jest Clem?
Frost z jednej strony podawał się za najlepszego przyjaciela Aidena, ale z drugiej charakteryzował się typową osobowością Narcyza. Był trochę ładniejszy od swoich kolegów, więc miał się za słońce całej ich paczki, przez co często umykały mu fakty z życia znajomych, które nie było bezpośrednio powiązane z nim samym.
— Nie wiesz, Frost? — Julia, dziewczyna z ich klasy, która siedziała najbliżej Aidena i Frosta, oderwała się od swojego wypracowania. — Ostatnio Aiden często gdzieś się z nią włóczy.
— Myślicie, że coś jej się stało? No, wiecie, jest raczej drobna, a w Hogwarcie jest mnóstwo ukrytych zapadni. Co jeśli w którąś wpadła i teraz nie może się wydostać?
— Wyluzuj, Aiden, jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś umarł w szkolnej zapadni. Nie z Filchem i Panią Norris wtykającymi nos wszędzie, gdzie tylko się zmieści.
— No tak, ale… — urwał. Chciał zapytać, czy nie powinien jej poszukać, ale wcale nie był pewien, czy w ogóle miał prawo jej szukać.
— O wilku mowa, zobacz, nic jej nie jest.
Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się i przeszła przez nie Clem — jak zwykle obładowana książkami. Ziewnęła szeroko, nawet nie próbując tego ukryć, bo i tak nie miała do tego wolnej ręki, i od razu pomaszerowała do dormitorium dziewczyn.
Zazwyczaj, niezależnie od pory, kiedy Clem wracała z biblioteki, siadała przy swoim stoliku i albo się uczyła, albo po prostu czytała coś lekkiego, żeby się odprężyć przed snem.
— Nie wydaje wam się, że wyglądała na bardziej zmęczoną niż zwykle?
Przyjaciele Aidena spojrzeli na niego jak na kosmitę.
— Zdefiniuj „zwykle”.
— Zdefiniuj „zmęczona”.
— Zdefiniuj „bardziej”.

*

— No proszę, nie myślałam, że kiedykolwiek się tego doczekam. — Susan, leżąc na łóżku i przeglądając „Czarownicę”, uśmiechnęła się do wchodzącej do dormitorium Clem. — Clementine Bennett wracająca ze schadzki tuż przed godziną policyjną.
— Nie byłam na schadzce — wyznała szczerze Clem, nie mając nawet tyle przyzwoitości, by dla satysfakcji Susan chociaż się zarumienić. — Byłam w bibliotece z Rupertem. Robimy razem projekt na eliksiry.
Clem rzuciła torbę na łóżko, a Puchatek, najwyraźniej zaalarmowany tym dźwiękiem, porwał się z kupy zwiniętych w kącie ubrań i podbiegł do Clem, domagając się natychmiastowej uwagi. Clem wzięła go na ręce, usiadła na materacu i posadziła sobie zwierzaka na kolanach. Puchatek z zadowoleniem przymknął oczy, gdy dziewczyna zaczęła go tarmosić za uszami.
— Projekt projektem, ale o tej porze nawet biblioteka staje się romantycznym miejscem. — Susan ze znawstwem pokiwała głową.
Clem skrzywiła się, a Puchatek spojrzał w stronę Susan i odsłonił małe kły.
— Dobra, już się nie odzywam — skapitulowała Susan, patrząc w ciemne ślepia Puchatka. Nagle, nie wiadomo czemu, nawiedziła ją wizja samej siebie pochylonej nad czarną, bezdenną otchłanią. — A swoją drogą, nie wiem, czy widziałaś, ale dzisiaj na tablicy ogłoszeniowej w naszym pokoju wspólnym pojawiła się informacja o planowanym przedświątecznym wypadzie do Hogsmeade. Znowu kupię mamie na święta gryzące klipsy, nigdzie indziej nie można tego dostać.
— To świetnie.
W Clem — w przeciwieństwie do reszty uczniów — myśl o wypadzie do Hogsmeade nie wywoływała pisków zachwytu, okrzyków radości czy rozterek pod tytułem „Czy ten przystojny chłopak, który siedzi ławkę przede mną na zaklęciach i ma tak uroczo podkręcone włoski na karku, zaprosi mnie wreszcie na randkę?”. Clem większość szkolnych wycieczek spędziła w towarzystwie jedynych przyjaciół, jakich miała: ulubionych książek, które mieściły się jej do podręcznej torby. Co prawda na początku trzeciej klasy próbowała zabierać się ze swoimi współlokatorkami, jednak szybko okazało się, że — podobnie jak w przypadku dzielenia stolika — na tej płaszczyźnie także brakowało im wspólnych tematów do rozmowy. Kiedy Clem wyznała, że nie ma pojęcia, jak wygląda wokalista Nieźle Nadzianych Szpilek, jej koleżanki w pierwszej chwili myślały, że Clem żartuje. Przecież on tak pięknie śpiewał i miał taką słodką grzywkę, że to aż niemożliwe, by istniała trzynastolatka, która nie miałaby kręćka na jego punkcie.
Clem jednak wcale nie była z tego powodu nieszczęśliwa. Książki nigdy nie próbowały wchodzić z nią w interakcje, kiedy Clem sobie tego nie życzyła, i nigdy jej nie zwodziły. Dziewczyna zawsze wiedziała, czego może się po nich spodziewać. Jeśli podczas pierwszego czytania kochany Gilbert Blythe uratował Anię przed utonięciem w Jeziorze Lśniących Wód, było wiadomym, że podczas kolejnej lektury nie zmieni się nagle w opryskliwego i aroganckiego bubka, który pozwoli Ani utonąć.
A Clem nie potrafiła powiedzieć tego samego o ludziach.
Puchatek, jakby zdając sobie sprawę z ponurych myśli swojej pani, polizał ją po ręku. Clem w odpowiedzi pogłaskała go po łebku i ucałowała w różowy pyszczek. Nie minął jeszcze miesiąc, odkąd Puchatek zamieszkał w ich dormitorium, a już zdążył urosnąć do rozmiarów teriera krótkonożnego, co uzmysłowiło Clem, że jej futrzyk nie jest jeszcze dorosłym osobnikiem i jednocześnie stało się źródłem zmartwień typu „Na Morganę, co ja zrobię, jak Puchatek zacznie mi zajmować pół dormitorium? Czym ja go wyżywię? Gdzie ja go ukryję? Jak ja go przecisnę przez drzwi?”.
Tymczasem Puchatek, najwidoczniej zupełnie nieświadomy tych rozterek, z najwyższym spokojem leżał Clem na kolanach z łebkiem wciśniętym w szczelinę pod jej pachą i wydawał z siebie pełne zadowolenia pomruki.
— Przynajmniej przy tobie robi się słodki — powiedziała na ten widok Susan. — Mnie albo próbuje ugryźć albo chwali się przede mną swoim pełnym uzębieniem. — Susan wygładziła róg jednego z dwóch własnoręcznie zrobionych plakatów, które zajmowały płaską powierzchnię za jej łóżkiem. Jedna z prac przedstawiała pana Darcy’ego w mokrej koszuli, a druga Czarodzieja Bez Wąsa, który co chwilę poprawiał sobie uchwyt na różdżkę3.
— Nie wiem, o czym mówisz. Puchatek zawsze jest słodki. — Clem wzięła go w obronę.
— Przy tobie tak — zgodziła się Susan. — Przy innych nie. Wczoraj niemal pozbawił Maggie palców, gdy ta przez przypadek złapała twój podręcznik do zaklęć.
— Pewnie chciał się pobawić, ale Maggie nie zrozumiała jego intencji.
— Nie wiem, jak ty, ale ja tam nie lubię się bawić w „kto pierwszy straci palce, ten trąba”.
— Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. To żywe stworzenie. Przecież nie będę go zamykać w kufrze za każdym razem, kiedy wychodzę. Poza tym Puchatek naprawdę nie jest groźny, nigdy nikogo nie skrzywdził.
— Jeszcze. Ale czasami patrzy jakoś tak… dziwnie. Nie mówię, żebyś zamykała go w kufrze, ale, nie wiem, spróbuj jakieś tresury, czy coś? Niech się nauczy, że odgryzanie palców ludziom jest be?
Clem skrzywiła się.
— Tresowanie zwierząt zawsze wydawało mi się takie… niehumanitarne. Zwierzęta są przyjaciółmi, a nie zabawkami.
— Na Merlina, Clem, niby jesteś taka mądra, a jak czasami coś palniesz, to nie wiem, czy powinnam się śmiać czy płakać. Dzieci też się tresuje, oczywiście, nazywa się to pięknie wychowaniem, ale czym tak naprawdę różni się mechanizm wychowywania dzieci od tresury zwierząt? Nie chodzi przecież o to, by walić batem zwierzęta, kiedy te nie chcą skakać przez płonące obręcze, ale żeby je czegoś nauczyć. A tak to skąd mają wiedzieć, co jest dobre, a co złe?
Puchatek, zaalarmowany stanowczym głosem Susan, podniósł pyszczek, ale Clem uspakajająco pogłaskała go za uchem.
— Może faktycznie masz rację, tylko… Puchatek naprawdę jest wcieleniem posłuszeństwa i słodkości.
Susan westchnęła. „Dobre i tyle” — pomyślała, po czym wróciła do czytania wariacko interesującego artykułu w „Czarownicy” pod tytułem „Skąd wiadomo, że mu się podobasz? Dziesięć niepodważalnych dowodów na to, że on za tobą szaleje”. Wyglądało na to, że najwyraźniej za Susan szalał profesor Snape.

*

Następnego dnia przypadała sobota, którą Rupert i Clem spędzali wspólnie w bibliotece, ślęcząc nad pracą dla Snape’a.
Rupert rozprostował palce i zerknął na Clem, która w najwyższym skupieniu robiła skrupulatne notatki z księgi grubszej niż jego pięść. Ciąg myśli, jaki nasunął mu się po tym widoku, niewiele miał wspólnego z samą Clem, za to bardzo wiele z oczywistym faktem, że Clem była dziewczyną.
Na ostatnim wieczorku poezji śpiewanej, w którym Rupert mógł uczestniczyć jedynie dzięki połączeniu kominkowemu, Ten Dziwny Facet Ze Srebrnym Zębem, jak nazywał go w myślach Rupert, przedstawił wzruszający i chwytający za gardło sonet o miłości. Było to dzieło tak piękne i tak idealne, że Rupert, oczarowany do głębi, w jednej chwili zapragnął znaleźć swoją „Lizzy z włosem płowym i czółkiem alabastrowym”, by móc trzymać ją za rękę pod gwieździstym niebem i szeptać jej do ucha wiersze Pabla Nerudy. Niestety, przynajmniej do tej pory, nie znalazła się żadna kandydatka chętna do odgrywania w jego życiu roli zakochanej Lizzy z kwiatami wplecionymi w warkocze.
— Znalazłeś? — Clem kopnęła go pod stołem w łydkę.
— Hę? — Rupert w jednej chwili zapomniał o kwiatach, warkoczach i gwiazdkach z nieba, gwałtownie sprowadzony na ziemię.
— Znalazłeś coś w tej książce na temat używania smoczej krwi w czasie pełni?
— A, tak. To znaczy, nie, nic nie było. Chyba faktycznie fazy księżyca nie wpływają na jej właściwości.
— No nie wiem. — Clem przygryzła końcówkę pióra, a po chwili z niezadowoleniem wypluła kłaczek pierza. — Skoro fazy księżyca mogą oddziaływać na krew czarodzieja, to chyba powinny też oddziaływać na smoczą krew. Dobrze się czujesz?
Dzięki wspólnemu projektowi Rupert i Clem nieco zbliżyli się do siebie, jednak rozmowa na temat romantycznych pragnień wciąż nie wydawała się Rupertowi najlepszym pomysłem, jako że stawiałaby jego męskość w mało korzystnym świetle.
— Po prostu trochę tu duszno — wyłgał się Rupert i niemal w tej samej chwili zdał sobie sprawę z tego, że faktycznie w bibliotece panował jakiś podejrzany zaduch. Z lekką paniką pociągnął nosem i pomyślał, że powietrze było jakby bardziej gęste niż zwykle.
Ale zanim Rupert zdążył poddać się panice do reszty, Clem wstała i uchyliła okno.
— Tak lepiej?
W odpowiedzi Rupert kiwnął głową i poluzował nieco szkolny krawat, mając jednocześnie w głowie obrazy dekadenckich poetów w rozchełstanych koszulach. „Niczym Artur Rimbaud” ­— pomyślał i od razu poczuł się lepiej.
— Tak czy inaczej, wydaje mi się to podejrzane — skomentowała Clem, odchrząknąwszy uprzednio, aby zamaskować lekkie rozbawienie z półleżącej postawy, jaką przyjął na krześle Rupert.
— Ta krew?
Clem kiwnęła głową.
— Jestem pewna, że właśnie tu tkwi haczyk. Jest to na tyle nieoczywiste, że… Ale z drugiej strony… Chociaż Snape lubi takie pułapki… A ty co o tym myślisz?
— Sam nie wiem. — Rupert wzruszył ramionami, co wyglądało komicznie w jego pozycji, gdzie barkami niemal stykał się ze stolikiem. — Jeśli nie uwzględnimy faz, a okaże się, że trzeba było to zrobić, Snape obetnie nam punkty. Ale z drugiej strony, jeśli je uwzględnimy, ale nie będziemy potrafili poprzeć tego żadnymi naukowymi argumentami, Snape też odejmie nam punkty.
— Musi być w tym jakiś haczyk, inaczej praca byłaby za prosta, a to nie w stylu Snape’a. Mówię ci, gdzieś tu coś nie gra. To jest tak pewne jak to, że im bliżej znajdziesz się czarnej dziury, tym bardziej ta będzie się chciała do ciebie przytulić.
Ruperta nawiedziła wizja przytulającego go Snape’a i aż się biedak wzdrygnął.
— Skończmy to wreszcie — poprosił.
Oboje wrócili do książek, nie mając pojęcia, że gdzieś daleko w kosmosie pewna samotna czarna dziura z utęsknieniem wyczekiwała obiektu, który mogłaby uściskać. Jak na złość, wszystko starało się omijać ją szerokim łukiem.

*

W dzień pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego Clem obudziła się o tej porze co zwykle, czując się tak jak zazwyczaj. Był to smutny, szary listopadowy poranek. Dokładnie taki, jakich nigdy nie opisuje się w książkach, bo są zbyt nudne. A przynajmniej tak wydawało się Clem. O tym, jak bardzo pomyliła się w swoich założeniach, miała się dopiero przekonać.
Clem nigdy nie przepadała za tłumami i widowiskami, w których uczestnicy przemieszczali się szybciej niż podczas meczu szachów, więc zamiast udać się na błonia, by obserwować zmagania zawodników Turnieju, postanowiła poświęcić ten czas na coś całkiem innego. Korzystając z przyjemnej ciszy, jaka zapanowała nagle w całym zamku, poszła do zapasowego składziku Snape’a. Zamierzała przyjrzeć się uważniej eliksirowi, który ostatnio uwarzyła dla bliźniaków.
I do pewnego momentu wszystko szło tak, jak Clem to sobie zaplanowała.
Nie przewidziała jednak pewnej małej drobnostki.
Falującej leniwie wielkiej dziury w miejscu, w którym jeszcze kilka dni temu stał eliksir. I był to dziwnie znajomy rodzaj dziury, taki, do którego można wejść i z niego wyjść. Niekoniecznie w jednym kawałku.
„To się nie dzieje naprawdę. Nie mogłam trafić na drugi portal w ciągu jednego miesiąca. W Howarcie nie powinno być portali, jeśli wierzyć „Historii Hogwartu”, a już szczególnie w starych składzikach. Portale powinny zostać w dwunastym wieku”.
Portal, zupełnie nieświadomy tego, że jego obecność przeczyła wszelkiej logice, najzwyczajniej w świecie sobie był i nie wyglądało na to, by w najbliższej przyszłości zamierzał zniknąć.

*

— Portal, jak w mordę strzelił! — Fred niemal podskoczył z ekscytacji.          
Clem, z początku nie bardzo wiedząc, co zrobić z nową wiedzą, kiedy tylko ochłonęła, poszła po bliźniaków. W końcu, jeśli nie oni stali za nagłym namnożeniem się portali, to kto?
— I to całkiem spory — zgodził się z bratem George.
— Czyli nie mieliście pojęcia, że w składziku jest portal? Nie wybraliście sobie tego miejsca na tajemną kryjówkę właśnie z tego powodu?
— Po tej przygodzie z portalem w bibliotece mieliśmy pewne podejrzenia…
— …więc przeskanowaliśmy Hogwart w poszukiwaniu ewentualnych magicznych osobliwości…
— …i okazało się, że Hogwart pełen jest przeładowanych magią pól energetycznych…
— …ale nie spodziewaliśmy się, że którekolwiek z nich może przekształcić się w portal.
— Niczego nie ruszajcie. — Clem podźwignęła się z podłogi, na której usiadła z nadmiaru emocji. — Idę po profesora Flitwicka.
— Oszalałaś? — George w ostatniej chwili złapał ją za rękaw. — Nawet tak nie żartuj. Jeszcze nie zdążyliśmy go obejrzeć. Nawet nie wiemy, dokąd prowadzi.
— Chyba nie zamierzacie tego sprawdzać. — Clem spojrzała na uśmiechających się głupkowato bliźniaków ze zgrozą. — O, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
— Daj spokój, Clem. Ostatnio opracowaliśmy z George’em świetne zaklęcie probabilistyczne. Jesteśmy w stanie orzec z pięcioprocentowym marginesem błędu, jak bardzo niebezpieczny jest portal.
— I w tym przypadku mamy tylko trzy procent szansy, że skończymy jako zupa.
— I dwa, że to jednak będzie bigos.
— Słuchajcie, portale nie mogą sobie tak po prostu wyskakiwać w Hogwarcie. Musimy o tym komuś powiedzieć. To nie jest normalne. A wejście do nieznanego portalu… Słuchajcie, przecież to może być portal na dno Rowu Mariańskiego albo na mugolską satelitę telewizyjną. Nie możecie sobie tak w ciemno przez niego przejść.
— Powiedziała ta, która znalazła dziurę w bibliotece i do niej wlazła. Daj spokój, tak naprawdę jesteś tak samo ciekawa jak my. Masz duszę poszukiwacza przygód.
— Jedyne przygody, jakie lubię, to te, które przydarzają się innym — zanegowała bezlitośnie Clem. — A ja czytam o nich, leżąc w łóżku.
— Najwidoczniej te portale nikomu nie przeszkadzają, skoro do tej pory nikt nie zajął się tym w bibliotece… — zaczął rozsądnie Fred, ale Clem natychmiast mu przerwała:
— Bo nikomu o nim nie powiedzieliśmy! Skąd mają o nich wiedzieć?
— Dumbledore na pewno wie o wszystkim, co się dzieje na terenie Hogwartu. Po prostu przymyka oko na to, co nie jest niebezpieczne, żebyśmy my mogli mieć z tego trochę radochy. Nie mów, że nie jesteś ciekawa, o co w tym chodzi i co jest po drugiej stronie.
— Nie bądź niemądry, oczywiście, że jestem. Ale jestem też ciekawa, czy dałoby radę przeskoczyć z okna w sowiarni na dach szklarni numer pięć, a jednak tego nie robię.
— Nie da się. — George spojrzał w dal, wyglądając jak człowiek doświadczony przez los. — Wierz nam, nie da się.
Clem zmarszczyła czoło, ale nie zamierzała ciągnąć dalej tematu skakania przez okna.
— Clem. — Fred złapał ja za ręce. — Jeśli naprawdę nie chcesz wchodzić do portalu, to przecież nie musisz tego robić. Po prostu nie utrudniaj tego nam.
— Jesteśmy dorośli i w pełni za siebie odpowiadamy — dodał George, gdy zauważył niezadowoloną minę Clem.
— Tak, ale…
Clem nie zdążyła dokończyć. Fred ją puścił, poklepał po ramieniu i cofnął się kilka kroków. Zanim dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, co ten zamierza, chłopak puścił do niej oczko i wskoczył do portalu.
Adiós! — George pomachał do niej i podążył za bratem.
Clem odczekała chwilę, ale nic się nie wydarzyło. Portal jak trwał, tak trwał, bliźniacy jak zniknęli, tak zniknęli. A potem zrobiła długi krok do przodu i pochyliła się nad dziurą. Poczuła, jak ta ją do siebie przyciąga i zobaczyła, że falująca powierzchnia powoli się wygładza. Chciała się cofnąć, ale w tym samym momencie portal wciągnął ją do środka.
________________________________
1 Cytat z „Idioty” F. Dostojewskiego w tłum. J. Jędrzejewskiego.
2 Jeśli ktoś się nie domyśla, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” J. K. Rowling w tłum. A. Polkowskiego, str. 188.
3 Czarodziej Bez Wąsa to główny bohater jednego z najsłynniejszych czarodziejskich romansów, który, niezależnie od czasów, cieszy się ogromną popularnością wśród czarownic. Historia opowiada tragiczne losy mugolskiego magika, który na dworze króla sídhe zakochuje się w jego obdarzonej magicznymi talentami córce.